Ołtarz gandawski – część trzecia

III odcinek o Ołtarzu Gandawskim

Kiedy przed oczami wiernych uroczyście otwierają się podwoje Ołtarza Gandawskiego, zdumionym oczom ukazuje się niesamowite bogactwo przedstawień. Można nań patrzeć jak na prawdziwy nieboskłon i widzieć tyle, co z ziemi, a można sięgnąć po metody dostępne na wyciągnięcie Internetu, by odkryć nieskończony mikrokosmos szczegółów. Stojąc zwyczajnie w kościele, czyli ze sporym dystansem, widzi się to, co jest tematem poliptyku i czyta obrazy jak księgę. Podchodząc bliżej docenia się precyzję malarza, a całkiem z daleka, z dowolnego miejsca na świecie, można wejść na ścieżkę prowadzącą do mistyki mikroświata sztuki. Paradoksalnie to oddalenie sprzyja przybliżeniu. Oglądałam ten ołtarz na wszystkie sposoby. Każdy z nich przekonał mnie o wielkości dzieła.

Dlaczego van Eyck i spółka malowali aż tak precyzyjnie coś, o czym wiadomo było, że oglądane będzie z dystansu? Bo wszystko miało być PRAWDZIWE, miało oszołomić i wciągnąć, rzucić na kolana przed Bogiem, którego wspaniałość podkreślona jest potrójną koroną. Boska łaska przejawia się w ogromie ofiary. Ta, żeby przemówiła do wszystkich, ukazana jest w sposób nadzwyczaj realistyczny. Oto pośrodku obrazu wyniesione na ołtarz stoi zwierzę ofiarne. Z przebitej piersi wartkim strumieniem toczy się krew do kielicha. Baranek ma umrzeć, by zbawić ludzkość. Jednak van Eyck namalował go w pełni sił. Stoi mocno na czterech kończynach i patrzy na nas intensywnie. Tracąc tyle krwi nie chwieje się nawet na nogach. To kolejna zagadka, nad którą teraz się zastanawiam.

Jedne źródła upraszczają, że Jan van Eyck był autorem Ołtarza Gandawskiego. Te dokładniejsze dopisują jego brata, Huberta, którego imię zapisane jest na ramie dzieła. Inne zaczynają drążyć, czy był on starszy, czy młodszy, bo coś tu się nie zgadza. Czy tylko z grzeczności został dopisany jako ten, „którego nikt nie przewyższył, a Jan dokończył dzieło”? Ponoć, jak z dokumentów wynika, faktycznie istniał tylko młodszy brat Jana i na imię miał Lambert. Fakt bezsporny jest taki, że malowanie całości trwało kilka lat, a mogły przy tym pracować zespoły malarzy, z których ostatni tworzył pod przewodnictwem Jana van Eycka. Jest za mało danych, by dokładnie określić, co Jan namalował własną ręką, a co zostało zrobione przez kogoś innego. Można jedynie pośrednio doszukiwać się różnych autorów, ale dla ogólnego odbioru dzieła ma to mniejsze znaczenie.

Od 2012 roku trwa niezwykle drobiazgowa restauracja poszczególnych paneli. Odsłania ona nowe zagadki. Baranek głównej sceny ołtarza odkrył swą całkiem inną twarz. Czytałam lekko ironiczne komentarze, że van Eyck chyba nigdy nie widział zwierzęcia, bo nie namalował go, jak ono wygląda faktycznie. Uwaga jest kulą w płot, bo mistrzostwo artysty jest bezsporne. Co zatem miał malarz na myśli? Późniejsza wersja, do której jesteśmy przyzwyczajeni, odwzorowuje po prostu barani pysk. Natomiast odsłonięta teraz wersja pierwotna wydaje się być bardziej twarzą. Układ oczu nadaje jej prawie ludzki wymiar. A przecież nie zwykły to baran na ołtarzu stoi i krew za nas przelewa. I przeczytałam akurat w „Biegunach” Olgi Tokarczuk, że „Prawdziwy Bóg jest zwierzęciem. Jest w zwierzętach tak blisko, że aż go nie dostrzegamy. Codziennie się za nas poświęca, wielokrotnie umiera, karmi nas swoim ciałem, odziewa nas w swoją skórę, pozwala na sobie testować lekarstwa, żebyśmy mogli żyć dłużej i lepiej. Tak okazuje nam przywiązanie, obdarza nas przyjaźnią i miłością.” Aż mnie ciarki przeszły, kiedy trafiłam na ten fragment będąc akurat w toku przemyśleń na temat Adoracji Baranka Mistycznego. I dalej Tokarczuk pisze o dowodzie znajdującym się w Gandawie – „… z każdego niemal miejsca płynie ku niemu procesja – oto wszyscy ludzie idą złożyć mu hołd, spojrzeć na tego najskromniejszego, upodlonego Boga. O, zobacz, tu podążają władcy krajów, cesarzowie i królowie, kościoły, parlamenty, partie polityczne, cechy rzemieślnicze; idą matki z dziećmi, starcy i podlotki…”. A łaska jego jest wieczna.

U stóp ołtarza wypływa źródełko, a my, tak jak postacie na obrazie, podążamy zewsząd, by dotknąć absolutu. Światy się przenikają, łączą i odbijają w sobie. Wieki nie mają znaczenia. Sztuka artysty jest osobnym wymiarem ponad czasem i miejscem.