W zeszłym roku przeczytałam „Dwanaście srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego. Dostał za tę książkę nagrodę czytelników Nike 2017. Nastawiłam się na tematykę czysto ptasią i dostałam coś ekstra. Już na początku z prawdziwym zachwytem trafiłam na rozdział o Chełmońskim. O jego sztuce i życiu. Pretekstem były oczywiście ptaki. Łubieński zaczyna od spotkania żurawi jesiennym zmierzchem. Dygresja – my mieliśmy wtedy jeszcze nierozpoczętą zimę. I czego się dowiedziałam z wiadomości? ŻURAWIE JUŻ PRZYLECIAŁY. Za wcześnie… Zmartwiłam się, jak biedaki przeżyją… Koniec końców przeżyły, jak co roku.

A wracając do Łubieńskiego o Chełmońskim. Tak malarskim językiem opisuje przyrodę, że nie wiem czasem, czy maluje Chełmoński, czy to Łubieński pisze. Naturalne jest więc w treści niepostrzeżone przeniesienie się z opisu spotkań z ptakami, gdzieś w polach, na płótno obrazów. Jako ptakolub autor odczarowuje parę błędnie rozpoznanych przez historyków sztuki gatunków, które Chełmoński malował, ale nie nazywał. Nad kaczeńcami z 1908 roku głos audioprzewodnika w muzeum wskazuje bociany, a to przecież koziołkujące w powietrzu czajki.

Sam mistrz Chełmoński tak wiernie umie malować ptaki, że nawet jeśli nazwie je mylnie, to wprawne oko ptakoluba potrafi rozpoznać, że w obrazie „Jastrząb. Pogoda” nad polem zawisa kozub.

Łubieński pisze niesamowicie malarskim językiem. Otwierałam oczy coraz szerzej z zachwytu i niedowierzania, że można tak barwie malować słowem. A miało być tylko o ptakach… Ludzie, czytajcie książki, bo piękne one są!