Hiperrealizm amerykański lat 60. i 70.

Krytyka nie ceni, tłumy uwielbiają. Jak to jest z tym hiperrealizmem?

Stał się moim drugim ulubionym kierunkiem po fazie surrealizmu. Wbrew pozorom coś je łączy. Obrazy hiperrealistów, portretujące elementy rzeczywistości, mają nieuchwytną, jakby nierzeczywistą atmosferę. Coś intensywnego wisi w powietrzu. Jeszcze mocniej odczuwałam to w latach 80., gdy w Polsce panowała wszechobecna szarość, a nagle zobaczyłam tak sugestywne obrazy nowoczesnego świata.

Ponoć to malarstwo odtwórcze, zwykła kopia zdjęć. I po co kopiować, jeśli można sobie sfotografować? Kiedy jednak kierunek powstawał, chodziło o coś więcej. Wtedy, jak i teraz, w wielkich miastach Ameryki, w San Francisco i w Nowym Jorku, pulsowało życie oderwane od natury. W takich metropoliach człowiek gubi się wśród wieżowców i arterii ze sznurami samochodów, poddając się uczuciu osamotnienia. Na każdym kroku istnieją nibyświaty powstałe przez zwielokrotnienia odbić w szybach. Odbicia mieszają się z przestrzenią manekinów i zatraca się pewność, co jest kreacją, a co bytem. Pogłębia to uczucie wyobcowania zmieszane z atencją dla przedmiotu.

Pionierzy hiperrealizmu często zaczynali swoją drogę artystyczną w branży reklamowej. Tym światom blisko jest do siebie. Na co dzień posługiwali się fotografią. Mając taki sam punkt wyjścia, znaleźli dla niego różne zastosowania, a narzędziem powszechnie stosowanym stał się aerograf. Mała dygresja – pamiętajmy, że obrazy malowane na podstawie fotografii, oglądamy zwykle za pośrednictwem fotografii. Coś się zapętla, fałszuje i obraz działa inaczej niż wtedy, gdybyśmy stali przed oryginałem. Wprawdzie zawsze tak jest, ale w przypadku hiperrealizmu szczególnie trzeba o tym pamiętać.

Richard Estes jest mistrzem wielkomiejskiego świata odbić, w którym zatraca się jednolita perspektywa. Z wielu fotograficznych ujęć tworzy swoje witryny sklepowe z prześwitującymi zza nich przedmiotami, w których jednocześnie odbijają się przeciwlegle położone scenerie. Wszystko wydaje się zarówno namacalnie bliskie, jak i przezroczyście odległe. Natomiast Robert Cottingham upodobał sobie tylko neony – świetlną architekturę wielkomiejską, fotografowaną teleobiektywem i odtworzoną z niebywałą ostrością.

Wnętrza barów i odbicia w karoserii samochodowej fascynują Ralpha Goingsa. W stojącej na parkingu przyczepie mieszkalnej odbija się niebo i zarys gór, tworząc symbol koczowniczej natury współczesnego człowieka. Zniekształcone, zminiaturyzowane i nieostre odbicia, tworzą optyczną łamigłówkę. Don Eddy też bierze na warsztat samochody z ich karoseriami, ale patrzy na nie, jak na reprezentantów statusu nieobecnego właściciela.

Odwrotnie John Salt – maluje wraki na samochodowym cmentarzysku. Porzucone, przeżarte rdzą, dawno skazane na zapomnienie, powoli zrastają się w jedno z naturą. Podobny klimat ma czarno-biały obraz Paula Sarkisiana, który przedstawia w skali 1:1 domostwo. Jest to najbardziej monumentalna martwa natura, jaką stworzono. Jej wymiary przekraczają 8 metrów na 4 metry. Każdy szczegół wydaje się tam istnieć sam dla siebie. Tę ostrość osiągnął artysta fotografując każdy przedmiot oddzielnie, a następnie przenosząc go na płótno i pokrywając cienką warstwą farby akrylowej.

Można długo mnożyć artystów i opisywać obrazy. Kluczem spajającym wszystkie, które lubię jest szczególna atmosfera nadostrości, która wzbudza uczucie osamotnienia. Są bardziej wyraźne niż zdjęcia. Nie są ich kalką, tylko wzmocnieniem. Wydobywają ukryty świat, podbijają to, czego zwykle nie zauważamy i koło czego przechodzimy często nie widząc. Zamrażają w jednym różne punkty widzenia. To wrażenie umyka, gdy ogląda się zminiaturyzowane reprodukcje.

Współczesny hiperrealizm, zbyt często spłycany i sprowadzany do zwykłej powtórki zdjęcia, nie cieszy się teraz szacunkiem artystów i krytyków sztuki. Jest lubiany przez odbiorców, chcących mieć obraz tak dobrze namalowany „jak zdjęcie”, a jednak cenniejszy, bo wykonany „rękodzielniczo”. Zarzuca mu się zastąpienie inwencji twórczej odtwórczą. Nie taka jest jednak jego geneza.