Magritte

Jeden z artystów wprost pasujących do hasła wywoławczego #obrazyiwyrazy. Malując umieszcza podpisy, które stają się integralną częścią dzieła. Uzmysławiają, że to co widzisz, nie jest tym, co ci się wydaje. Fajka nie jest fajką, jak sam na jednym z obrazów napisał. Bo też i nie jest to fajka a tylko wyobrażenie o niej. Obraz jest tylko obrazem – śladem farby na płótnie. I to zrównuje realizm z abstrakcją.  Tak jak wyraz, który jest zbiorem znaków przyporządkowanych do określonej treści, a tych może być wiele. Magritte z przyjaciółmi uczynili z tego zabawę, gdy podczas spotkań towarzyskich prześcigali się w nadawaniu odjechanych tytułów ukończonym obrazom.

Rene Magritte, porządny jak pan w meloniku ze swoich obrazów, żył w latach 1898-1967. Był jednym z twórców surrealizmu, choć nie był ekscentrykiem jak Salvador Dali. Przykładnie odbył służbę w wojsku i ożenił się w wieku 24 lat. Pracował jako projektant tapet i reklam. Nosił się jak porządny urzędnik magistratu. Pod tym względem był zupełnym przeciwieństwem skandalizującego artysty. Część życia spędził w Brukseli, tam zmarł i tam znajduje się teraz jego muzeum, które ostatnio odwiedziłam.

Na początku drogi uległ fascynacji kubizmem i futuryzmem. Później jego inwencja twórcza sprawiła, że zainicjował nowy sposób podejścia do sztuki – to, co realistycznie namalowane, może być od realiów całkiem oderwane – a to dzięki zamianie znaczeń. Muzeum Magritte’a w sercu Brukseli zebrało wiele prac dokumentując dorobek mistrza rebusów i zagadek. Jedna z nich wydaje się mieć smutne korzenie w przeszłości. Kiedy miał 12 lat jego matka popełniła samobójstwo topiąc się w rzece. Jej zwłoki wyłowiono z koszulą nocną owiniętą wkoło głowy. Ten motyw pojawił się na obrazie „Kochankowie”, który na dwie wersje. Prosty temat, interpretowany w różny sposób. Głowy bliskich sobie ludzi (pozycja przytulenia, pocałunku) owinięte są tkaninami. Dlaczego? Czy miłość jest ślepa? Czy pomimo bliskości kochanków coś dzieli? Czy nikogo nie możemy poznać tak naprawdę i zawsze pozostaje on jakąś tajemnicą? Czy może oznacza to oddalenie? Czy jest zwiastunem końca i tak czekającego wszystkich? Można mnożyć te pytania i nie odnaleźć jednej odpowiedzi. Każdy z nas ma własne doświadczenia i to one sprawią, że jakaś dróżka wyda się bardziej prawdziwa.

Magritte jest twórcą obrazów, których elementy stały się wręcz symbolami surrealizmu. Postać, będąca jego alter ego – mężczyzna w meloniku – jest przedstawiana pojedynczo lub w parze z zaskakująco umieszczonymi atrybutami albo multiplikowana aż do utożsamienia jej z deszczem działającym jak raster („Spadanie”, 1953). Ta wizja już nigdy nie pozwoli patrzeć obojętnie choćby na pracowników londyńskiego City, których klony zapełniały także Brukselę. Jeden ze znanych banków stał się bardziej rozpoznawalny dzięki wykorzystaniu tych charakterystycznych sylwetek w swojej reklamie.

Słynne zielone jabłko umieszczone na twarzy (lewitujące jabłko?) w obrazie z 1964 r. pt. „Syn człowieczy” też rodzi skojarzenia nawiązując choćby do Wilhelma Tella. Ten obraz jest autoportretem. Dziwny to autoportret – właściwie bez twarzy, jeśli pominąć fragment oka. Postać stoi przy niskim murku, za którym rozpościera się morze, a nad nim ciężkie ołowiane chmury. Twarz na wielu obrazach jest schowana. Czy owinięta tkaniną, czy czymś zasłonięta lub zastąpiona przez chmury, staje się nieobecną. Wszystko okazuje się zagadką.

W brukselskim muzeum najbardziej podobały mi się oniryczne pejzaże. Ten czas, gdy resztki światła są jeszcze na niebie, a to, co na ziemi, spowija już mrok. Czai się coś niewidzialnego, nadchodzi czas sennych wizji. Moment, gdy zmieniają się znaczenia, gdy łatwiej wszystko ukryć i dać się zaskoczyć niespodziewanemu. Poetycki nastrój, którego Magritte był mistrzem, powstaje ze spotkania nocy z dniem. Na pograniczu jawy i snu. I tym właśnie w dużej mierze jest surrealizm. Senne wizje, zwodniczość znaczeń. Rzeczy niemożliwe za dnia, mogą zdarzyć się w wizjach.