O podróżowaniu

Rozpoczynam sezon podróży. Zwykle w marcu uznaję, że to dobry czas, kiedy można już w miarę pewnie oczekiwać stabilnych lotów dzięki przewidywalnym warunkom pogodowym. Kiedyś, kiedy moje małe podróże odbywałam na krótkich dystansach, najbardziej lubiłam jeździć pociągami. Tę atmosferę odnajduję w obrazach Hoppera. Ich nastrój samotności i wyobcowania, odpowiada mi najbardziej. W pociągu lubię gapić się w okno lub czytać. To chwila zanurzenia w czasie. Należy trwać poddając się biernie rytmowi kół. Czasem trzeba się przesiąść i skorzystać z poczekalni. Pomimo bycia wśród wielu, doznać samotności. Hopper ten etap czekania zawarł w obrazach, w których szczególne światło wyznacza scenę zawieszenia pomiędzy. Sam pięciokrotnie przejechał Amerykę samochodem. W takiej podróży poczekalnie wypadają na stacjach benzynowych. Są etapami na trasie, które pozwalają dotknąć ziemi. Przydrożne bary, w których pozostajemy anonimowi – my dla miejsca, a miejsce dla nas. Samotność pasuje mi do takiego podróżowania, bo skupienie na sobie uwalnia od kompromisów. Kiedy wiem, że towarzyszowi podróży ten czas jest udręką, przyjemność znika. Dlatego to Hoppera wybrałam na zilustrowanie, czym dla mnie jest podróż. Samotnością i czasem zawieszenia, a jednak przecież zakłada dążenie.

Książkę „O sztuce podróżowania” napisał Alain de Botton – filozof życia codziennego, którego bardzo cenię. Oprócz obrazów Hoppera, odwołuje się w niej do van Gogha i innych. Pyta – dlaczego i jak podróżować. Bo tak ze wszystkim w życiu – dlaczego coś robisz? Czy zwracasz uwagę na to, jak robisz? Który artysta jest Twoim ulubionym, co odnajdujesz w jego obrazach? Już nie raz rozmawialiśmy o tematycznych wizytach w muzeach. Warto dobierać mistrzów i epoki, style i kierunki. Jeśli zostajesz w domu, tracisz możliwość kontaktu z oryginałem. A jeżeli nie przygotujesz się przed podróżą, ryzykujesz doznania ślepca. Stoisz i nie widzisz. Patrzysz i nie rozumiesz. A wtedy brak satysfakcji z przebytej drogi i cała uwaga skupia się na bolących nogach. Już Goethe powiedział „Widzi się to, co się wie”.

Mój plan na przyszły weekend, to tematyczny Londyn. W zeszłym roku marzec sprawdził się idealnie, bo w Polsce jeszcze zima, a tam już wiosna w rozkwicie. Kwietne Notting Hill, słoneczny Hyde Park. Doznaniem artystycznym był David Hockney. Tego dnia akurat niebo zszarzało i spadł deszcz, a po wejściu do Tate Britain rozbłysła feeria barw Wielkiego Kanionu. Przez poszczególne sale układała się podróż życia. Być może trafiła do mnie także ze względu na wiek. Hockney rozpoczął swoją drogę twórczą niedługo potem, gdy przyszłam na świat. A kiedy zainteresowałam się sztuką i podjęłam studia w Krakowie, on już był na szczycie.

Podróże stanowią integralną część artystycznej drogi Hockney’a. Pochodzi z Wielkiej Brytanii i tu nadal tworzy. Pomiędzy ma życie równoległe w Stanach Zjednoczonych. Wielu artystów zmienia kraje i regiony dla szczególnego światła i atmosfery. Określone miejsca sprawiają, że rozwijają oni swe wizje, a za nimi warsztat. Przypomniane dzięki filmowi „Twój Vincent” elementy życiorysu van Gogha i Gauguina udowadniają, że wybór miejsca ma sens dla rozwoju twórczości. Dla nich było to południe Francji, czy dalekie wyspy Pacyfiku, które wybrał potem Gauguin. Bo południe ma światło, które budzi kolory i duszę. Zapładnia artystów.

O ile uboższa byłaby historia sztuki, gdyby nie podróże. I te geograficzne, i te do wnętrza siebie. Samych artystów, a potem odbiorców ich sztuki. Dopiero stając przed oryginałem, odbiera się emocje autora. Jadąc teraz do Londynu mam kilka ścieżek. Zaprowadzą mnie po kolei do National Gallery, gdzie z towarzyszką podróży zobaczę wystawę obrazów Degas’a oraz Prerafaelitów. Oczywiście, gdy sił wystarczy, odwiedzę ponownie i zbiory stałe. Drugiego dnia wyprawa do Tate Modern na spotkanie z Modiglianim. Obejrzałam albumy i film o jego twórczości, a teraz chcę przyjrzeć się z bliska jego portretom. Stałych zbiorów w Tate Modern nie znam, a jest jeszcze w tym czasie wystawa Picassa. Jednak, jak doświadczenie pokazało, wszystko należy aplikować we właściwych dawkach. Taką dawkę stanowi dla mnie jedno muzeum dziennie. Przez cały czas oglądania, uwaga jest mocno napięta i w którymś momencie już sił brakuje. Dlatego dopiero na trzeci dzień mam bilet do Tate Britain. Tam skonfrontuję się ze stanem kondycji człowieka. Lucian Freud i Francis Bacon to mocny zestaw. Opisy pojawią się na stronie.